wtorek, 2 września 2014

Dusza Woodstocku


Kolejny rok, kolejny Woodstock, kolejna notka okolicznościowa. Tylko o czym by tu napisać, skoro opcji jest tak wiele. Profesjonalna ocena piersi okazała się w tym roku jeszcze większym sukcesem niż ostatnio, PKP po raz kolejny przeszło same siebie, utrudniając powrót do domu, festiwalowa społeczność raz jeszcze popisała się niesamowitością, pomagając mi stworzyć najlepszy prezent urodzinowy, jaki kiedykolwiek komukolwiek zrobiłem, sympatyczni Włosi poszczuli mnie radioaktywnym pająkiem, który uczynił mnie mrówkoodpornym. Jak zawsze, dużo się działo, dobrze się działo. Koniec końców zdecyduję się jednak na opowieść o pewnym panu, który, przynajmniej dla mnie, wydawał się uosobieniem wszystkiego, co charakteryzuje Woodstock. Jego duszą.

 
Jegomość miał jakieś 40-50 lat i poznać go mieliśmy okazję na koncercie zespołu T.Love otwierającym cały festiwal. Posturę miał słuszną, na fryzurę jego składał się, jeśli pamięć mnie nie myli, ciąg długich, rozpuszczonych włosów, potężnych rozmiarów mięsień piwny, obwiązany był został zdjętą chwilę wcześniej koszulką. Stanął taki tuż przed nami, u boku jego zaś znajdowała się plus minus dwunastoletnia córka i żona, ubrane dosyć normalnie i sadząc po minach, średnio zachwycone otaczającym ich gigantycznym tłumem.



Waldek, jak postanowiłem go nazywać, niespecjalnie się nimi przejmował. Tańczył, bawił się, darł na cały głos i wykazywał nieokiełznanego ducha entuzjazmu – mimo że koncert dopiero się rozpoczynał i pierwsze kawałki były, co tu dużo mówić, słabe. T.Love ma to do siebie, że swoje imprezy zaczyna od kawałków z nowych płyt, których nikt nie zna, nikt nie lubi i nikt polubić nie chce. Waldkowi to specjalnie nie przeszkadzało w tryskaniu radością na prawo i lewo.

W pewnym momencie i my, i Waldek oberwaliśmy po plecach strumieniem zimnego szampana, który z sobie wiadomych powodów pewien gość postanowił rozlać po wszystkich stojących przed nim imprezowiczach. Mężnie przyjęliśmy to na klatę i zignorowaliśmy. Ale nie Waldek. Niee, on postanowił się zemścić. Odczekał chwilę, po czym wykonał atak z zaskoczenia – błyskawicznym ruchem godnym Jedi odwrócił się i chlupnął puszką piwa w kierunku napastnika. Nie przewidział jednak, że na froncie znajdowaliśmy się też my. A ściślej Siergiei, który ze względu na swój niemały wzrost, przyjął większość ataku na twarz. Na oko w sumie. Może i by zareagował nawet jakoś, gdyby Waldek momentalnie nie zaczął go przepraszać, tłumacząc, że celował „w tamtego tam”. Rozeszło się więc po kościach i skończyło na śmiechu z wielosmakowego Siergieja. Alkohol najlepiej wchłaniany jest między innymi właśnie przez gałki oczne, więc tak źle w sumie na tym nie wyszedł.

Po nieudanej próbie zemsty Waldek wrócił do zabawy. Śpiewał, darł się (wbrew pozorom to nie było to samo i łatwo można stwierdzić, kiedy czynił jedno, a kiedy drugie), tańczył i... zaczął też do zabawy mobilizować swoją córkę. Ta początkowo „nie czuła czaczy”, ale, pod wpływem entuzjazmu staruszka, szybko się złamała i zaczęła razem z nim gibać się we wszystkie strony. Matka pozostała twarda, nieugięta i jednocześnie zupełnie nieistniejąca dla Waldka. Emanowała z niego radość. Widać było, że to woodstockowy weteran, który właśnie tutaj spędził najlepsze lata swego życia, dla którego to miejsce jest od lat tym, czym dla mnie od stosunkowo niedawna – najpiękniejszymi kilkoma dniami każdego roku. Widać też było, że cudowny klimat tego miejsca chciał pokazać swojemu dziecku. I co mu się powoli zaczynało udawać.

I właśnie to jest dla mnie najpiękniejsze w Woodstocku. To już nie jest miejsce, w które przyjeżdża młodzież, by się dobrze bawić. Przez dwadzieścia lat ta młodzież wydoroślała i założyła rodziny, nie straciła jednak swego ducha. I postanowiła pokazać swoim najbliższym piękno tego miejsca. Na każdym kroku można tu spotkać młodych i starych, całe rodziny z kilkuletnimi dziećmi. Wszyscy czują się tu szczęśliwi, wszyscy są też bezpieczni. To jest właśnie piękno Woodstocku – jego kompletny brak ograniczeń wiekowych. Jego dusza. Nieważne, czy jesteś czterdziestoletnim, podstarzałym metalowcem, siedemdziesięcioletnim niemieckim emerytem, kilkunastolatkiem szukających wrażeń – poczujesz tę magię i dasz się jej pochłonąć.

Kiedy skończył się koncert i zaczęliśmy się rozchodzić, Waldek na odchodne uchylił nam rąbka tajemnicy tego, co skrywa się na jego dotąd owiniętej wokół brzucha koszuli. Uniósł ją do góry, byśmy mogli wyraźnie zobaczyć napis mieszczący się na ubraniu tego człowieka, głowy rodziny i takiego ojca, jakim sam chciałbym kiedyś być - „Kto nie ma brzucha, ten słabo r***a”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz