Kolejny rok, kolejny Woodstock, kolejna notka
okolicznościowa. Tylko o czym by tu napisać, skoro opcji jest tak wiele. Profesjonalna ocena piersi okazała się w tym roku jeszcze większym sukcesem niż
ostatnio, PKP po raz kolejny przeszło same siebie, utrudniając powrót do
domu, festiwalowa społeczność raz jeszcze popisała się niesamowitością,
pomagając mi stworzyć najlepszy prezent urodzinowy, jaki kiedykolwiek
komukolwiek zrobiłem, sympatyczni Włosi poszczuli mnie radioaktywnym pająkiem,
który uczynił mnie mrówkoodpornym. Jak zawsze, dużo się działo, dobrze się
działo. Koniec końców zdecyduję się jednak na opowieść o pewnym panu, który,
przynajmniej dla mnie, wydawał się uosobieniem wszystkiego, co charakteryzuje
Woodstock. Jego duszą.
Jegomość miał jakieś 40-50 lat i poznać go mieliśmy okazję
na koncercie zespołu T.Love otwierającym cały festiwal. Posturę miał słuszną,
na fryzurę jego składał się, jeśli pamięć mnie nie myli, ciąg długich,
rozpuszczonych włosów, potężnych rozmiarów mięsień piwny, obwiązany był został zdjętą
chwilę wcześniej koszulką. Stanął taki tuż przed nami, u boku jego zaś
znajdowała się plus minus dwunastoletnia córka i żona, ubrane dosyć normalnie i
sadząc po minach, średnio zachwycone otaczającym ich gigantycznym tłumem.
Waldek, jak postanowiłem go nazywać, niespecjalnie się nimi
przejmował. Tańczył, bawił się, darł na cały głos i wykazywał nieokiełznanego
ducha entuzjazmu – mimo że koncert dopiero się rozpoczynał i pierwsze kawałki
były, co tu dużo mówić, słabe. T.Love ma to do siebie, że swoje imprezy zaczyna
od kawałków z nowych płyt, których nikt nie zna, nikt nie lubi i nikt polubić
nie chce. Waldkowi to specjalnie nie przeszkadzało w tryskaniu radością na
prawo i lewo.
W pewnym momencie i my, i Waldek oberwaliśmy po plecach
strumieniem zimnego szampana, który z sobie wiadomych powodów pewien gość
postanowił rozlać po wszystkich stojących przed nim imprezowiczach. Mężnie
przyjęliśmy to na klatę i zignorowaliśmy. Ale nie Waldek. Niee, on postanowił
się zemścić. Odczekał chwilę, po czym wykonał atak z zaskoczenia –
błyskawicznym ruchem godnym Jedi odwrócił się i chlupnął puszką piwa w kierunku
napastnika. Nie przewidział jednak, że na froncie znajdowaliśmy się też my. A
ściślej Siergiei, który ze względu na swój niemały wzrost, przyjął większość
ataku na twarz. Na oko w sumie. Może i by zareagował nawet jakoś, gdyby Waldek
momentalnie nie zaczął go przepraszać, tłumacząc, że celował „w tamtego tam”.
Rozeszło się więc po kościach i skończyło na śmiechu z wielosmakowego Siergieja.
Alkohol najlepiej wchłaniany jest między innymi właśnie przez gałki oczne, więc
tak źle w sumie na tym nie wyszedł.
Po nieudanej próbie zemsty Waldek wrócił do zabawy. Śpiewał,
darł się (wbrew pozorom to nie było to samo i łatwo można stwierdzić, kiedy
czynił jedno, a kiedy drugie), tańczył i... zaczął też do zabawy mobilizować
swoją córkę. Ta początkowo „nie czuła czaczy”, ale, pod wpływem entuzjazmu
staruszka, szybko się złamała i zaczęła razem z nim gibać się we wszystkie
strony. Matka pozostała twarda, nieugięta i jednocześnie zupełnie nieistniejąca
dla Waldka. Emanowała z niego radość. Widać było, że to woodstockowy weteran,
który właśnie tutaj spędził najlepsze lata swego życia, dla którego to miejsce
jest od lat tym, czym dla mnie od stosunkowo niedawna – najpiękniejszymi
kilkoma dniami każdego roku. Widać też było, że cudowny klimat tego miejsca
chciał pokazać swojemu dziecku. I co mu się powoli zaczynało udawać.
I właśnie to jest dla mnie najpiękniejsze w Woodstocku. To
już nie jest miejsce, w które przyjeżdża młodzież, by się dobrze bawić. Przez
dwadzieścia lat ta młodzież wydoroślała i założyła rodziny, nie straciła jednak
swego ducha. I postanowiła pokazać swoim najbliższym piękno tego miejsca. Na
każdym kroku można tu spotkać młodych i starych, całe rodziny z kilkuletnimi
dziećmi. Wszyscy czują się tu szczęśliwi, wszyscy są też bezpieczni. To jest
właśnie piękno Woodstocku – jego kompletny brak ograniczeń wiekowych. Jego
dusza. Nieważne, czy jesteś czterdziestoletnim, podstarzałym metalowcem,
siedemdziesięcioletnim niemieckim emerytem, kilkunastolatkiem szukających
wrażeń – poczujesz tę magię i dasz się jej pochłonąć.
Kiedy skończył się koncert i zaczęliśmy się rozchodzić, Waldek
na odchodne uchylił nam rąbka tajemnicy tego, co skrywa się na jego dotąd
owiniętej wokół brzucha koszuli. Uniósł ją do góry, byśmy mogli wyraźnie
zobaczyć napis mieszczący się na ubraniu tego człowieka, głowy rodziny i takiego
ojca, jakim sam chciałbym kiedyś być - „Kto nie ma brzucha, ten słabo r***a”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz