No, ludzie, stało się założyłem bloga. Zamiar chodził mi po
głowie od dawna, lecz brakowało czasu i jakiegoś ładnego tematu na start. Czas
się znalazł wraz z rozpoczęciem wakacji. A temat? W tym roku po raz pierwszy
odwiedziłem Woodstock. Wygórowane oczekiwania rzeczywistość z łatwością przerosła
– tutaj naprawdę pasuje klisza, że tego nie da się po prostu opisać i to trzeba
przeżyć. Hejterom, którzy krytykują festiwal, mimo że w życiu na nim nie byli,
mam do powiedzenia jedno – gówno widzieliście, gówno wiecie i nie wypowiadajcie
się na temat, o którym tak naprawdę nie macie jakiegokolwiek pojęcia.
No ale o Woodzie
mógłbym się wypowiadać tylko pozytywnie. A jak powszechnie wiadomo, Polakom
najlepiej wychodzi narzekanie, więc wypadałoby pierwszą notkę zacząć od
krytyki. To może opowiem o jedynej rzeczy, która na całym evencie była typowo
absurdalna – o dworcu PKP i jego „organizacji”. Historyjka będzie dość długa,
ale za to prawdziwa. True story, bro – a czy cool, to sami ocenicie.
Powrót do domu
Plan był dobry.
Nawet z perspektywy czasu wydaje się on wciąż dobry, choć oczywiście teraz
rozegrałoby się to inaczej. Zakładał, że zaraz po ostatnim koncercie pakujemy
manatki i w środku nocy, kiedy jeszcze większość będzie cieszyła się ostatnim
dniem wolności, my spokojnie wrócimy na peron, kupimy bilety i odjedziemy w siną
dal, nim pociągi zostaną zapchane, a samo dotarcie do nich będzie wymagało
umiejętności poruszania się w terenie godnych Ezia Auditore da Firenze. To jest
ta scena, w której paczycie na moją pro paintową mapkę, bo będę się odnosił do
użytych na niej oznaczeń.
Wyruszylimy i dotarli
do dużego parku przed dworcem (F), wypełnionego tabunami śpiących gdzie
popadnie ludzi – widok raczej normalny przez te kilka dni. Po lewej od dworca
natomiast majaczył kilkutysięczny tłum próbujący wbić się na peron za
pomocą wejścia B – ścisk na oko większy niż pod sceną Sabatonu. Zostawiwszy
bagaże na placu, rozpoczęliśmy zwiad taktyczny – w lewo z powodu tłumu nie było
sensu iść, więc skierowaliśmy się na prawo. Kasy biletowe (E) oblegane, kawałek
dalej, po schodkach, znajdowało się drugie wejście na peron (C) – co ciekawe, o
ile do pierwszego próbowali dostać się wszyscy, drugie było praktycznie puste.
Nie wnikam czemu, a że uratowało mi to dupę, to i wdzięczny jestem tym
wszystkim ludziom, którzy woleli zapchać jedno wejście niż oba. Próba wejścia
na peron jednak spełzła na niczym – okazało się, że trzeba mieć bilet. No nic,
jak trzeba, to trzeba. Dodatkowe kasy ponoć znajdowały się gdzieś po lewej –
czytaj, za gigantycznym tłumem. Słaba opcja. Pozostało więc powrócić na pozycję
(F), przegrupować się i przygotować do szturmu na kasy.
Po dość burzliwych
naradach wojennych, do ataku wyznaczonych zostało dwóch ochotników – w tym
niżej podpisany. Losy drugiego żołnierza to materiał na inną opowieść, więc
skupię się na swojej przygodzie. Nauczony woodstockowym doświadczeniem, że
ludzi stojących w kilkusetmetrowych kolejkach należy szanować, ale
niekoniecznie rozumieć, kulturalnie wepchałem się na początek kolejki – w tym
miejscu przepraszam tych wszystkich, którzy takiego zachowania nie pochwalają.
Szanuję was. Nie rozumiem, ale szanuję. Kilkanaście minut przebijania się
naprzód, w międzyczasie kilka osób z powodu totalnego ścisku zasłabło i było
wyciąganych spod kas. Minuty mijają, w końcu człowiek jest na tyle blisko, że
zaczyna już widzieć dość wyraźnie okienko kasy… które, w tym akurat momencie,
zostaje zamknięte. Bo przerwa. I chuj. Na jak długo? Cholera wie. Dwa inne
okienka były nieczynne od momentu, kiedy przyszedłem, więc z sześciu ogólnie
dostępnych ostały się trzy – oczywiście jak ja wbijałem się od lewej, tak one
były całkowicie z prawej. Zajebiście. Stanie i czekanie na cud nie miało sensu,
więc się wycofałem. Obejście kolejki i zabawa od nowa – tym razem od prawej.
Ludzie troszkę bardziej agresywni z powodu wbijania się w tłum (dziwni jacyś,
swoją drogą, przecież lubią tak stać, a jak nie, to po co by to robili?), więc
tym razem trzeba było ustawić się parę metrów w tyle i końcowy odcinek
przetrwać tradycyjnie. Fajnie, tylko że jak przez 20 minut spod kasy ruszyły
się DWIE osoby, to swoim
genialnym umysłem matematycznym szybko obliczyłem, że do domu wrócę jakoś tak
za dwie doby. Słaba opcja. Trzeba było więc skończyć z uczciwymi metodami i
poszukać tak zwanego Patentu.
Ponownie wycofałem
się do obozowiska, wyżuliłem kilka fajek (dzięki Kobza z Łobza!), co by lepiej
się myślało i opracowałem taktykę. Taktyka zakładała przebicie się na pozycję D
i poszukanie tam dodatkowych kas biletowych – no bo niemożliwe, żeby na cały Woodstock
rzucili sześć bud, z czego trzy zamknięte, no nie? Zostawiłem bagaże i
zbliżyłem się do wejścia C. Chwila stania, aż przyszła większa grupka,
wmieszanie się w tłum, mechaniczne „oczywiście” na pytanie, czy tez mam bilet i
voila – dotarłem do Ziemi Obiecanej, krainy Pociągów i powrotów do domu, do
lokalizacji D. Niestety, szybki przemarsz przez peron rozwiał moje wątpliwości
– dodatkowych kas brakowało. Czasu do przyjazdu pociągu coraz mniej, więc
trzeba było zdecydować się na desperackie kroki – tymi było wyjście z peronu przez wejście B, w poszukiwaniu
znajdujących się gdzieś tam mitycznych „innych kas”. Wtedy wydawało się to
dobrym pomysłem. Kiedy znalazłem się między kilkutysięcznym, pchającym na mnie
tłumem, a bramkami, przez które nie dało się przejść bez biletu, już tak dobrze
to nie wyglądało. No więc stałem tak tam jakiś czas, prawdę mówiąc nie wiedząc,
co dalej ze sobą począć, aż w końcu podjąłem męską decyzję – trzeba przebić się
pod prąd i wydostać z tej rzeki zdesperowanej młodzieży. To, że od nikogo nie
dostałem po mordzie, zawdzięczam chyba tylko temu, że było zbyt ciasno, żeby
mnie jebnąć, ale za to nowymi wiązankami, jakie usłyszałem, będę mógł bluzgać
ludzi przez najbliższy miesiąc i nie będą się powtarzać. Kilkanaście minut i
kilkadziesiąt zdeptanych karimat, śpiworów i namiotów później powróciłem na F.
Zdaliście kiedyś jakiś megatrudny egzamin po dziesięciu poprawkach pomimo
myśli, że już do usranej śmierci będziecie się użerać z tym chędożonym przedmiotem?
Jak tak, to macie jako takie pojęcie co czułem, gdy wydostałem się z tłumu.
Uwaga, czas na puentę.
Czasu do pociągu zostało niewiele, poszukiwanie Patentu się sypnęło, więc
zostało już tylko jedno – wziąć bagaże, powtórzyć akcję z wejściem na peron i
po prostu pojechać na gapę. Pożegnałem znajomych, którzy jeszcze się łudzili,
że zdołają kupić bilet, powtórzyłem akcję z wejściem przez C, minąłem bramki… i
zatkało mnie. Kilka metrów za nimi stał sobie spokojnie, bez jakiejkolwiek
kolejki przed nim… KONDUKTOR SPRZEDAJĄCY BILETY. Tak, na peronie, na który
można było wejść tylko
posiadając bilet. Podszedłem. Kupiłem. Wróciłem do znajomych. Powiedziałem
o Patencie. Opornie i z opóźnieniem, ale też skorzystali.
Naprawdę podziwiam
organizację PKP. Pominę już to, dlaczego przy jednym wejściu stały tysiące,
podczas gdy drugie było przez większość czasu puste. Dlaczego otworzono raptem
kilka kas na kilkaset tysięcy podróżnych? Dlaczego pociągi odjeżdżały puste,
mimo że na F czekały tysiące osób, które chciałyby nimi jechać? Ale, ja jebie, dlaczego jedynym
sensownym miejscem na zakup biletu okazał się peron, na który można było wejść
tylko bilet już mając?! Drogie
PKP, mam ci do powiedzenia jedno - ssiesz.

Pierwszy!!111oneone
OdpowiedzUsuńPatent uratował kilka żyć..
OdpowiedzUsuńFajny wpis, ale i tak nie oddam ci twoich pieniędzy!
OdpowiedzUsuńFajny komentarz ale i tak ci nie oddam prawa jazdy
Usuń