sobota, 1 marca 2014

Samui Cup 2, czyli jak zafascynowało mnie Muay Thai



Na oficjalnej stronie Polskiego Związku Muaythai można przeczytać, że:
Muaythai to sport honoru i wielkiej szlachetności, to rycerski sport dla odważnych, którzy gotowi są zaakceptować długie godziny treningu, żeby dojść do jak najwyższego poziomu w sztuce. Mało jest tak skutecznych i spektakularnych dyscyplin, wymagających jednocześnie tak intensywnego zaangażowania.

Przegrana nie jest hańbą, jeśli walczy się z całego serca.
Po spędzeniu większości soboty na drugiej edycji zawodów Samui Cup muszę przyznać, że te kilka zdań ma znacznie więcej wspólnego z prawdą, niż myślałem.

Nie wiem kto to, ale uporczywie wyskakiwał mi w googlach na niemal każdej frazie związanej z Muay Thai, więc go wrzucam.
  
O Muay Thai generalnie wiedziałem dotąd tyle, ile zobaczyłem na KSW i co podpatrzyłem od Bruce’a Irvina z Tekkena. Czyli mało i bardziej fikcja niż prawda. Ale że znalazłem się we właściwym miejscu (Krakowie) we właściwym czasie (16 lutego), a i okoliczności były sprzyjające, bo znajomy brał udział, wybrałem się na coś, co zwie się Samui Cup i jest cyklem zawodów, w których adepci Muai Thai piorą się nawzajem w podzielonych na trzy rundy walkach jeden na jeden. 

Co się rzucało w oczy po wejściu na hale AWFu, to to, że to nie jest nastawione na oglądalność telewizyjne szoł jak niesławne KSW. Tłumów olbrzymich nie było, widzowie to byli przede wszystkim sami zawodnicy, ich trenerzy oraz najwięksi entuzjaści, po coś do zjedzenia trzeba było się wybrać do budynku obok. No chyba, że było się zawodnikiem, wtedy dostawało się obiad z tajskiej kuchni, pikantny jak diabli. Skromnie więc, choć w pełni profesjonalnie – z trybun wszystko było widać wyraźnie, ring wyglądał tak jak powinien wyglądać ring, a i całe zawody można było oglądać online z domowego zacisza. 

Pierwsze, co mnie zaskoczyło, to brak komentatorów, jednak człowiek przywykł do tego ficzera. Szybko jednak przekonałem się, że bez irytujących głosów tłumaczących co się dzieje i sztucznie podkręcających podjarkę jest lepiej – samemu trzeba ogarniać, co się dzieje, kto kogo capnął i czy było to zgodne z zasadami. Wprawdzie idąc tam, nie miałem pojęcia, jakimi zasadami się to wszystko toczy, ale że miałem wokół siebie prosów, wbrew wyglądowi zabijaków całkiem sympatycznych, to się szybko doedukowałem.

Przed każdą walką zawodnicy odprawiali tak zwane „wai khru”, czyli rytualny taniec. Oglądany pierwszy raz z deka śmieszy, ale im dłużej tam siedziałem, tym bardziej doceniałem specyficzny, jakby mistyczny aspekt tego wstępu. Wygląda to tak, że zawodnicy w kolorowych opaskach z wystającym „czymś” z tyłu obchodzą powoli ring, witając się i okazując szacunek wszystkim znajdującym się w pobliżu osobom, w tym trenerom przeciwnych drużyn. Następnie klękają na środku ringu i zaczynają się kłaniać, co mocno przywodzi na myśl klimaty buddyjskie. Podobnie jak odgrywana w tle muzyka. Dopiero po odprawieniu całego rytuału zakładają kaski i może rozpocząć się pierwsza runda.

Dotąd moje główne źródło wiedzy o boksie tajskim
Muszę przyznać, że to bardzo widowiskowy sport. Dużo kopnięć, uderzeń pięścią, co krok jakaś efektowna technika albo przewrót – ogląda się to świetnie. Nie ma tu walk w parterze, więc cały czas coś się dzieje, jest jakaś wymiana ciosów – wszystko przy wspomnianej wcześniej jakby-buddyjskiej muzyce. Efektowne i klimatyczne, Wilk lubi. Kapitalna była też publiczność. To nie piłka nożna, gdzie wszyscy drą mordę średnio co pół podania, tutaj przez większość czasu panowała cisza, brawa można było usłyszeć wtedy, gdy ktoś naprawdę na nie zasłużył – wykonując jakąś efektowną akcję, nokautując przeciwnika bądź będąc ogłoszonym zwycięzcą. I tym większe, im bardziej spektakularna akcja. No i, kiedy po znokautowaniu, zdołał się pozbierać i opuścić ring. Nie było wygwizdywania czy wyzywania przegranego, wręcz przeciwnie, każdy był tu darzony szacunkiem. Niesportowych zagrań też za wiele nie było, czasem ktoś kogoś walnął przypadkiem po kroczu, ale generalnie na około dwadzieścia obejrzanych przeze mnie walk, nikt nie został zdyskwalifikowany. 

Krótka scenka obrazująca to, jak bardzo fair było to widowisko – jeden z zawodników został poważniej znokautowany i dopiero zbierał się do siebie. Jego przeciwnik stał już na środku i sędzia czekał na tego, który przegrał, aż będzie w stanie podejść i można będzie ogłosić werdykt. Pani, która przez mikrofon podawała wynik trochę się pośpieszyła i zaczęła mówić, na co sędzia podszedł do niej i kazał się jeszcze wstrzymać. Nie pomogło, panienka powiedziała swoje do końca, ale i tak wszyscy ją zignorowali – zwycięzca i sędzia czekali, publiczność milczała. Dopiero gdy znokautowany podszedł na środek, sędzia uniósł rękę wygranego i publiczność zaczęła bić brawa. Aż się przyjemnie ogląda taki sport. Honor, fair play, wzajemny szacunek – to naprawdę nie ma wiele wspólnego z piłką nożną, udawanymi kontuzjami i chędożonymi kibolami. 

Wrażenia po moim „pierwszym razie” – było osom. Widowiskowo, sportowo, z otoczką mistycyzmu. A na dobrą sprawę oglądałem tylko „turniej pierwszych walk”, czyli starcia debiutantów, do ligowych walk zawodowców, czyli pewnie najciekawszego, nie wytrwałem. Następnym razem, a raczej na pewno będę na następnym razie, pewnie przyjdę trochę później, by zobaczyć najważniejsze walki. Bo to jest porządny sport. Nie tanie (a w zasadzie to drogie) widowisko nastawione na trzepanie kasy od sponsorów i podsycanie nienawiści między przeciwnymi klubami.

1 komentarz:

  1. Ten "Nie wiem kto" to Tony jaa, a kadr jest z filmy Ong-Bak, gdzie Tony gra i pokazuje swoje muay thai. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń