Mała wioska położona nad malowniczym jeziorem, żyjąca przez kilka
wakacyjnych miesięcy roku, resztę czasu niemal martwa. Ubocze, skraj lasu,
stare, rozpadające się ruiny nigdy niedokończonego hotelu. Grupka sześciorga młodych
ludzi wchodząca na ogrodzony teren tego,
co miało stać się wielkim kurortem wypoczynkowym. Poruszają się pośród gruzu,
rozglądają, ale jednocześnie pewnie zmierzają przed siebie, jakby mieli
konkretny powód, by odwiedzić zapomniany przez świat budynek. Docierają do wpół
osłoniętej wnęki, która zapewne miała być korytarzem i kierują się do ślepego
zaułka znajdującego się na jej końcu. Zaczynają uważnie badać ów skrawek
budynku. Dwoje z nich szuka czegoś wśród leżącego na ziemi gruzu, trzeci bada
ściany, pozostali, stojąc nieco z tyłu, obserwują okolicę. Po kilku minutach
ten przeszukujący ściany wyjmuje mały kawałek drewna z dziury pomiędzy cegłami,
zza której wyciąga owiniętą taśmą kapsułkę zapakowaną w mały woreczek, w którym
znajduje się kilka dziwnych przedmiotów i kartek. Poszukiwania geocache’a
zostają zakończone.