Wstaję razem ze słońcem koło piątej nad ranem. Dobudzam
się kawą i prysznicem, na szybko zjem kanapkę i ruszam rowerkiem do pracy. Pies
uwielbia towarzyszyć mi w wycieczkach rowerowych i zamknięta brama nie stanowi
dla niej większej przeszkody, więc z bólem serca muszę zamykać ją w kojcu.
Powietrze jest orzeźwiająco chłodne, tu i ówdzie na polach można jeszcze
zobaczyć chmury porannej mgły.
Siostra i szwagier, u których mieszkam, wybudowali sobie
piękny dom na absolutnym odludziu. Obok nich domek sąsiadów, a tak to dookoła
jak okiem sięgnąć wyłącznie pola i lasy. Bywa, że pod płot podejdzie jakaś
sarna czy dzik, dookoła pełno jaszczurek i koników polnych wielkości połowy
dłoni. Większość czasu domowników nie ma i cały dom mam dla siebie, za
towarzysza mając jedynie psa, chyba najbardziej inteligentną suczkę, jaką
kiedykolwiek widziałem. Grzeczna, spokojna, posłuszna, uwielbia, gdy się ją głaszcze.
Jednocześnie gdy ktoś obcy zbliży się do bramy, zmienia się w demona i gotowa jest
zagryźć, o ile jej nie odwołam. I o ile ktoś nie pozostanie za bramą – zna
swoje terytorium i dopóki obcy na nie nie wkroczy, jedynie warczy. I tak
odpoczywam sobie po pracy, najczęściej z książką w dłoni, lasami dookoła i
wiernym psiskiem u boku. Mało kogo tu znam, specjalnie nawet nie chcę się zapoznawać,
zaburzyłoby to jeszcze ten wspaniały spokój i pierwszy od lat prawdziwie
beztroski odpoczynek. Żadnych prac inżynierskich, kampanii wrześniowych,
nieoddanych projektów czy czegokolwiek innego na głowie. Tylko osiem godzin
pracy dziennie, czasem jakieś nadgodziny i reszta dla siebie.
Kiedy akurat domownicy są, mogę poobserwować prawdziwie
sielankową rodzinę, amerykański sen, który spełnił się w Polsce. Siostra,
szwagier, chrześnica, wszyscy troje aż tryskają wzajemną miłością i takim
zwykłym, czystym szczęściem. Sceny, jak się wspólnie bawią, jak mała jest
radosna i ma absolutnie wszystko, co mogłaby chcieć – gdyby coś takiego
pojawiło się w jakimś filmie, wręcz biłoby kiczowatością. Na żywo aż miło się
patrzy. Oni wygrali życie.
Planowo mam tu zostać przez około trzy miesiące. To
najlepsze wakacje, jakie miałem od lat, choć nie sądzę, że mógłbym tak żyć
przez dłuższy czas. Jestem niewolnikiem własnych ambicji, taka zwykła
praca fizyczna jest doskonałą przerwą, ale pragnienie osiągnięcia własnego
sukcesu jest zbyt wielkie. Pracuję więc, odpoczywam, zbieram siły i regeneruję
baterię. Przygotowuję się na mający nastąpić wkrótce skok w zupełne nieznane. W
nowe miasto, nowe otoczenie, nowych znajomych, budowanie własnej przyszłości od
zera. I jak zawsze, wyciskam co mogę z tego, co jest tu i teraz. A tu i teraz
jest amerykański sen, który się ziścił. Gdy już osiągnę w życiu dość, by być
usatysfakcjonowanym, gdy w końcu uznam, że wystarczy – tak właśnie będę chciał
żyć. Bez ambicji, planów, zmartwień. Za to z rodziną, własnym domem i pracą, która nie będzie wracać ze mną na fajrant.

Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńA gdzie się wybierasz mówiąc "skok w nieznane" itd. :) ? Super miejscówa, sam uwielbiam las i takie widoki, też mnie często odwiedzają sarny i dziki, szczególnie zimą :D! Pozdrawiam!!
OdpowiedzUsuńMaciej Mazurowski :)
Do Krakowa. Pozdrawiam ;)
UsuńCzytając to aż chce się więcej ... Takie Twoje trochę inne oblicze. Gratuluję dobrego pióra :) Alutka
OdpowiedzUsuńJa w życiu nie zniże się do takiej pracy fizycznej jak Ty, zwykły prosty człowiek.
OdpowiedzUsuń