niedziela, 11 sierpnia 2013

Amerykański sen



Wstaję razem ze słońcem koło piątej nad ranem. Dobudzam się kawą i prysznicem, na szybko zjem kanapkę i ruszam rowerkiem do pracy. Pies uwielbia towarzyszyć mi w wycieczkach rowerowych i zamknięta brama nie stanowi dla niej większej przeszkody, więc z bólem serca muszę zamykać ją w kojcu. Powietrze jest orzeźwiająco chłodne, tu i ówdzie na polach można jeszcze zobaczyć chmury porannej mgły. 

Osiem godzin, czasem więcej, fizycznej orki, po której mogę się całkowicie od niej odciąć i wrócić do domu, nie zaprzątając sobie głowy żadną odpowiedzialnością. Odbębniam swoje i zapominam do następnego dnia. Ciało ma zdrowy wysiłek, umysł w końcu odpoczywa. Powrót również rowerkiem. Chociaż w porze największego upału, po wyjściu z hali wypełnionej rozgrzanymi do prawie dwustu stopni maszynami, odrobina słoneczka większego wrażenia nie robi.



Siostra i szwagier, u których mieszkam, wybudowali sobie piękny dom na absolutnym odludziu. Obok nich domek sąsiadów, a tak to dookoła jak okiem sięgnąć wyłącznie pola i lasy. Bywa, że pod płot podejdzie jakaś sarna czy dzik, dookoła pełno jaszczurek i koników polnych wielkości połowy dłoni. Większość czasu domowników nie ma i cały dom mam dla siebie, za towarzysza mając jedynie psa, chyba najbardziej inteligentną suczkę, jaką kiedykolwiek widziałem. Grzeczna, spokojna, posłuszna, uwielbia, gdy się ją głaszcze. Jednocześnie gdy ktoś obcy zbliży się do bramy, zmienia się w demona i gotowa jest zagryźć, o ile jej nie odwołam. I o ile ktoś nie pozostanie za bramą – zna swoje terytorium i dopóki obcy na nie nie wkroczy, jedynie warczy. I tak odpoczywam sobie po pracy, najczęściej z książką w dłoni, lasami dookoła i wiernym psiskiem u boku. Mało kogo tu znam, specjalnie nawet nie chcę się zapoznawać, zaburzyłoby to jeszcze ten wspaniały spokój i pierwszy od lat prawdziwie beztroski odpoczynek. Żadnych prac inżynierskich, kampanii wrześniowych, nieoddanych projektów czy czegokolwiek innego na głowie. Tylko osiem godzin pracy dziennie, czasem jakieś nadgodziny i reszta dla siebie. 


Kiedy akurat domownicy są, mogę poobserwować prawdziwie sielankową rodzinę, amerykański sen, który spełnił się w Polsce. Siostra, szwagier, chrześnica, wszyscy troje aż tryskają wzajemną miłością i takim zwykłym, czystym szczęściem. Sceny, jak się wspólnie bawią, jak mała jest radosna i ma absolutnie wszystko, co mogłaby chcieć – gdyby coś takiego pojawiło się w jakimś filmie, wręcz biłoby kiczowatością. Na żywo aż miło się patrzy. Oni wygrali życie.

Planowo mam tu zostać przez około trzy miesiące. To najlepsze wakacje, jakie miałem od lat, choć nie sądzę, że mógłbym tak żyć przez dłuższy czas. Jestem niewolnikiem własnych ambicji, taka zwykła praca fizyczna jest doskonałą przerwą, ale pragnienie osiągnięcia własnego sukcesu jest zbyt wielkie. Pracuję więc, odpoczywam, zbieram siły i regeneruję baterię. Przygotowuję się na mający nastąpić wkrótce skok w zupełne nieznane. W nowe miasto, nowe otoczenie, nowych znajomych, budowanie własnej przyszłości od zera. I jak zawsze, wyciskam co mogę z tego, co jest tu i teraz. A tu i teraz jest amerykański sen, który się ziścił. Gdy już osiągnę w życiu dość, by być usatysfakcjonowanym, gdy w końcu uznam, że wystarczy – tak właśnie będę chciał żyć. Bez ambicji, planów, zmartwień. Za to z rodziną, własnym domem i pracą, która nie będzie wracać ze mną na fajrant.

5 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. A gdzie się wybierasz mówiąc "skok w nieznane" itd. :) ? Super miejscówa, sam uwielbiam las i takie widoki, też mnie często odwiedzają sarny i dziki, szczególnie zimą :D! Pozdrawiam!!
    Maciej Mazurowski :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytając to aż chce się więcej ... Takie Twoje trochę inne oblicze. Gratuluję dobrego pióra :) Alutka

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja w życiu nie zniże się do takiej pracy fizycznej jak Ty, zwykły prosty człowiek.

    OdpowiedzUsuń