niedziela, 9 grudnia 2012

Sons of Anarchy Sezon 5

Jak kiedyś próbowałem rozgryźć, dlaczego Ojciec Chrzestny jest tak fajny jak jest, to ostatecznie doszedłem do wniosku, że to głównie dzięki sposobowi, w jaki Puzo sportretował bohaterów. Widz/czytelnik (bo tyczy się to zarówno książki jak i filmu) nie ma wątpliwości, że rodzina Corleone to zimnokrwiści, socjopatyczni mordercy. A jednak, mimo to, utożsamia się z nimi, martwi o ich losy i, zwyczajnie, lubi ich.


Z takim samym podejściem mamy do czynienia w Synach Anarchii, których piąty sezon niedawno dobiegł końca. Historia obraca się wokół klubu motocyklowego w Ameryce, którego członkowie starają się chronić społeczność małego miasteczka przed zewnętrznym syfem. Przynajmniej o tym były pierwsze sezony, bo z czasem zagęszczenie problemów zaczyna przekraczać jakiekolwiek skale i klub nie jest w stanie radzić sobie z kłopotami wewnętrznymi, a co dopiero tymi z zewnątrz. Których wcale nagle nie zaczyna brakować, nie, to by było za proste. Kapitalnie prowadzona fabuła, zaskakujące zwroty akcji liczone w dziesiątkach na odcinek, fenomenalne aktorstwo i kreacje bohaterów, miażdżąca muzyka i brutalny, bezkompromisowy styl – to są Sonsi w pigułce, najlepszy serial, jaki oglądałem. A piąty sezon jest najlepszym ze wszystkich. Dalej będą spoilery, więc jeśli jeszcze nie oglądałeś/aś, to jest ten moment, w którym to zmieniasz.



Piąty rozdział, z planowanych siedmiu dzieła Kurta Suttera, to przede wszystkim opowieść o tym, jak fotel prezydenta zmienia człowieka. To historia upadku Jaxa, który, próbując wyprowadzić klub z nielegalnej działalności, zamienia się w człowieka, którego nienawidził – Claya. To już nie jest przepełniony ideałami „książę”, to zimnokrwisty morderca, który bez wahania łamie długoletnie sojusze, przymyka oko na zabójstwa niewinnych i spiskuje za plecami swoich braci z MC. To też opowieść o Clayu, człowieku, który stracił wszystko i rozpaczliwie stara się odzyskać dawną pozycję. Sutter sprawia, że zaczynamy mu współczuć i zastanawiać, czy faktycznie nie byłoby lepiej, gdyby udało mu się powstrzymać Jaxa. Gdzieś pomiędzy nimi mamy Gemme, również wyniszczoną i pozbawioną tego, co dla niej najważniejsze.

Zagrożeniem zewnętrznym dla klubu pozostają interesy z Kartelem i sprawa RICO, ale dochodzi też Damon Pope, gangster dysponujący zasobami z łatwością mogącymi zniszczyć SoA. Jax balansuje między potężnymi siłami, tworzy kruche sojusze i aż do rozwiązania wątków nie wiadomo, jak się to wszystko może potoczyć. Pod względem poczucia, że klub wmieszał się między siły, z którymi nie jest w stanie nawet nawiązać walki, piątemu dorównuje wyłącznie czwarty sezon – tyle że tym razem obeszło się bez pól minowych i wyrzutni rakiet.

Nero, nowy gracz, wymiata.


Aktorstwo i kreacje głównych bohaterów to nadal najwyższa półka, ale warto skupić się na trzech debiutujących postaciach. Harold Perrineau wcielił się w rolę Damona Pope’a, grubą rybę świata przestępczego, któremu Tig w końcówce poprzedniego sezonu zabił córkę. Wiedziony chęcią zemsty, początkowo pragnie zniszczyć SAMCRO, ale ostatecznie tworzy sojusz z Jaxem i niejako staje się jego mentorem. Przynajmniej do czasu. Postać charyzmatyczna i sympatyczna, choć może aż zbyt sympatyczna – ciężko widzieć w nim bezwzględnego mafioso. Tego problemu nie ma z Jimmym Smitsem wcielającym się w Nero – obok Jaxa, Claya i Gemmy gwiazdę tego sezonu. Latynos, dawny przestępca, który stara się uciec od przeszłości, w wyniku kontaktu z klubem ostatecznie zaczyna rozumieć, że nie może zmienić swego przeznaczenia. Kapitalna kreacja i doskonale nakreślona relacja między nim a Jaxem. Rozmowa z ostatniego odcinka i „Wycofam się. Jeśli ty też się wycofasz” to majstersztyk. O trzecim debiutancie, granym przez Donala Logue’a  Lee Toricu póki co za wiele powiedzieć nie można, jego wprowadzenie to klasyczny foreshadowing na to, czego możemy się spodziewać w szóstym sezonie.

Na deser zostawiłem sobie mięso, czyli najlepsze sceny z sezonu. Pierwsza i najważniejsza to śmierć Opiego – jednego z najbardziej lubianych bohaterów. Brutalna i chwytająca za serce scena, która, jeśli ktoś, gdzieś, kiedyś zrobi ranking najlepszych scen śmierci w serialach, powinna znaleźć się w czołówce. Imponująca była też scena zabicia córki Tiga – doskonałe pokazanie, że Damon Pope to nie jest przeciwnik, z którym Sonsi mogą się mierzyć. Na zupełnie innym biegunie, ale również warta wspomnienia jest akcja szantażu polityka – odrobina czarnego humoru przypominająca pierwsze sezony, miłe rozluźnienie atmosfery między nieustannymi spiskami i niebezpieczeństwami. No i finał sezonu – ujawnienie wszystkich elementów planu Jaxa, ostateczne złamanie Claya i kończący sezon cliffhanger. Czekanie prawie rok na ciąg dalszy jest niemal fizycznie bolesne.

Hell yeah you're not.


O zaletach Sonsów mógłbym pisać jeszcze długo, ale chyba już wystarczy. Wspomnę jedynie o malutkiej wadzie, jedynej, jaka przychodzi mi do głowy. Jest to kolejny sezon, w której żadnej ekspozycji nie otrzymali Happy, Rat i ten gruby, którego przezwiska nawet nie pamiętam. Skoro już przewijają się ciągle w tle, można by się w końcu pokusić o jakiś wątek z nimi związany, zanim się ich zabije jak zwykłe mięso armatnie. Ale jest to wada w żaden sposób nie zmieniająca faktu, że Sons of Anarchy Wielkim Serialem jest. Największym.

1 komentarz:

  1. Notka bardzo fajna, ale lepiej pisz inżynierke zamiast pisać notki!

    OdpowiedzUsuń