piątek, 7 grudnia 2012

Revolution to gówno



Żebym zaczął oglądać jakiś serial, powinna się stać jedna z dwóch rzeczy. Lub obie naraz. Primo, polecić mi go musi dużo osób, z których zdaniem się liczę, tych tak wiele swoją drogą nie ma. Secundo, trailer musi mnie zaciekawić. W przypadku Revolution mamy do czynienia z bramką numer dwa. I do dziś zastanawiam się, jak można było tak bardzo spierdolić taki potencjał.

No tylko spójrzcie. Tematyka: dystopijna przyszłość, w której, po tym jak pewnego dnia zniknęła elektryczność, doszło do wojny domowej, a ludzie nauczyli się żyć i przetrwać bez wszystkiego, do czego przyzwyczaił ich XXI wiek. Twórcy: przewijają się takie nazwiska jak J.J. Abrams (Lost, Armageddon, Mission Impossible III), Jon Favreau (Iron Man), czy Eric Kripke (Supernatural). Wreszcie intryga – spisek związany z powodami, dla których zgasły światła, główna bohaterka starająca się odzyskać porwanego brata, jej wujek skrywający nieciekawą przeszłość. Są nawet flashbacki z przeszłości a’la Lost, rzucające światło na motywacje bohaterów. Praktycznie samograjka.

Sprawca całego zamieszania. 

Wszystko jednak rozbija się z pyłem przez naiwność, jaką serial wręcz emanuje. Postacie – mamy tu JEDNĄ dwuznaczną osobę, granego przez Giancarlo Esposito kapitana Toma Neville’a, ewidentnie rozdartego między czynieniem tego, co właściwe, a lojalnością wobec przełożonych. Cała reszta to kukiełki, którym napisano jakąś przeszłość, ale i tak dzielą się na zawsze szlachetnych i czyniących dobro oraz do bólu złych i niegodziwych. Nie da się ich polubić, nie da się martwić o ich losy. Zero empatii. A, jest jeszcze wątek miłosny próbujący zjednać sobie sympatię fanek Zmierzchu. I równie słabo jak w Zmierzchu przedstawiony.

Słaby rys postaci mógłbym przeżyć, jeśli historia by to rekompensowała. Ale jest to jeden wielki rollercoaster złożony ze szczęśliwych zbiegów okoliczności i deus ex maszyn, które w ostatniej chwili ratują głównych bohaterów i sprawiają, że wszystko dobrze się skończy. Nie przeszkadzało by mi to, gdyby konwencja była humorystyczna, jak chociażby w Indiana Jonesie. Ale nie, tutaj wszyscy są śmiertelnie poważni i taka próbuje być historia, przez co ,jak po raz trzydziesty w jednym odcinku, udaje im się cudem uniknąć zasadzki, robi się to zwyczajnie nudne. Gdzieś tam w tle majaczy też Wielka Tajemnica i Jeszcze Większy Spisek Bardzo Złych Ludzi, ale w pewnym momencie człowiek zaczyna mieć już to w dupie.

Tego właśnie macie nie oglądać.


Jakieś zalety oczywiście się znajdą. Stylistyka świata od lat pozbawionego prądu robi wrażenie i z automatu budzi skojarzenia z Jestem Legendą. Sceny walki zrealizowano całkiem nieźle. Aktorki są ładne. No, to tyle. Reszta to gówno.

Jak już zaczynam coś oglądać, to jadę przynajmniej do końca sezonu. Przemęczyłem się przez Borgiów, Prison Break nawet wszystkie sezony obejrzałem. Revolution jest w tym względzie faktycznie Rewolucją, bo rzuciłem to w diabły po ośmiu odcinkach. Nie polecam. BARDZO nie polecam.

6 komentarzy:

  1. jejku jejku jak mi zimno :'(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zimno Ci to się kurwa ubierz >:(

      Usuń
    2. Dobrze dobrze Kotku, już biegnę po mój cieplutki sweterek :(

      Usuń
    3. Damianowy Damian8 grudnia 2012 19:48

      A ja jestem ciepły, tylko mi zimno w rączki. Wracam do gry, respawn mi się kończy, niechaj red i blue buffy będą z wami!

      Usuń
  2. Podczas szczania lubię stać w kuwecie z bobkami kota.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam kasztany i kapsle w bucie :(

    OdpowiedzUsuń