Żebym zaczął oglądać jakiś serial, powinna się stać jedna z
dwóch rzeczy. Lub obie naraz. Primo, polecić mi go musi dużo osób, z których
zdaniem się liczę, tych tak wiele swoją drogą nie ma. Secundo, trailer musi
mnie zaciekawić. W przypadku Revolution mamy do czynienia z bramką numer dwa. I
do dziś zastanawiam się, jak można było tak bardzo spierdolić taki potencjał.
No tylko spójrzcie. Tematyka: dystopijna przyszłość, w
której, po tym jak pewnego dnia zniknęła elektryczność, doszło do wojny
domowej, a ludzie nauczyli się żyć i przetrwać bez wszystkiego, do czego
przyzwyczaił ich XXI wiek. Twórcy: przewijają się takie nazwiska jak J.J.
Abrams (Lost, Armageddon, Mission Impossible III), Jon Favreau (Iron Man), czy
Eric Kripke (Supernatural). Wreszcie intryga – spisek związany z powodami, dla
których zgasły światła, główna bohaterka starająca się odzyskać porwanego
brata, jej wujek skrywający nieciekawą przeszłość. Są nawet flashbacki z
przeszłości a’la Lost,
rzucające światło na motywacje bohaterów. Praktycznie samograjka.
Sprawca całego zamieszania.
Wszystko jednak rozbija się z pyłem przez naiwność, jaką
serial wręcz emanuje. Postacie – mamy tu JEDNĄ dwuznaczną osobę, granego przez Giancarlo
Esposito kapitana Toma Neville’a, ewidentnie rozdartego między czynieniem tego,
co właściwe, a lojalnością wobec przełożonych. Cała reszta to kukiełki, którym
napisano jakąś przeszłość, ale i tak dzielą się na zawsze szlachetnych i
czyniących dobro oraz do bólu złych i niegodziwych. Nie da się ich polubić, nie
da się martwić o ich losy. Zero empatii. A, jest jeszcze wątek miłosny
próbujący zjednać sobie sympatię fanek Zmierzchu. I równie słabo jak w
Zmierzchu przedstawiony.
Słaby rys postaci mógłbym przeżyć, jeśli historia by to
rekompensowała. Ale jest to jeden wielki rollercoaster złożony ze szczęśliwych
zbiegów okoliczności i deus ex maszyn, które w ostatniej chwili ratują głównych
bohaterów i sprawiają, że wszystko dobrze się skończy. Nie przeszkadzało by mi
to, gdyby konwencja była humorystyczna, jak chociażby w Indiana Jonesie. Ale
nie, tutaj wszyscy są śmiertelnie poważni i taka próbuje być historia, przez co
,jak po raz trzydziesty w jednym odcinku, udaje im się cudem uniknąć zasadzki, robi
się to zwyczajnie nudne. Gdzieś tam w tle majaczy też Wielka Tajemnica i
Jeszcze Większy Spisek Bardzo Złych Ludzi, ale w pewnym momencie człowiek
zaczyna mieć już to w dupie.
![]() |
| Tego właśnie macie nie oglądać. |
Jakieś zalety oczywiście się znajdą. Stylistyka świata od
lat pozbawionego prądu robi wrażenie i z automatu budzi skojarzenia z Jestem
Legendą. Sceny walki zrealizowano całkiem nieźle. Aktorki są ładne. No, to
tyle. Reszta to gówno.
Jak już zaczynam coś oglądać, to jadę przynajmniej do końca
sezonu. Przemęczyłem się przez Borgiów, Prison Break nawet wszystkie sezony
obejrzałem. Revolution jest w tym względzie faktycznie Rewolucją, bo rzuciłem
to w diabły po ośmiu odcinkach. Nie polecam. BARDZO nie polecam.

jejku jejku jak mi zimno :'(
OdpowiedzUsuńZimno Ci to się kurwa ubierz >:(
UsuńDobrze dobrze Kotku, już biegnę po mój cieplutki sweterek :(
UsuńA ja jestem ciepły, tylko mi zimno w rączki. Wracam do gry, respawn mi się kończy, niechaj red i blue buffy będą z wami!
UsuńPodczas szczania lubię stać w kuwecie z bobkami kota.
OdpowiedzUsuńMam kasztany i kapsle w bucie :(
OdpowiedzUsuń