wtorek, 8 października 2013

Jak w dwa dni podbić księżyc

Good Enough, czyli substytut Husara

Wyobraź sobie, że decydujesz się zrobić coś zajebistego. Dołączasz do koła naukowego, razem z dwoma innymi kołami przez kilka miesięcy szykujecie projekt robota. Takiego, co to z łatwością zdoła poruszać się po powierzchni pozaziemskiej. Projekt zgłaszacie do prestiżowego konkursu organizowanego przez NASA i udaje wam się zakwalifikować do wielkiego finału. Przez kilka miesięcy dopracowujecie  Husara, modyfikujecie, ulepszacie. W końcu ruszacie na konkurs. I wszystko się sypie.

 Lubię ludzi robiących coś ze swoim życiem. Mają jakieś pasje, którym się poświęcają. Na studiach faktycznie starają się rozwijać, zamiast sprowadzać całą „naukę” do zachlania dupy pięć razy w tygodniu i jęczenia, jaki to ich kierunek jest bezsensowny i niczego na nim nie uczą. Ogarniają sobie doświadczenie zawodowe, jeszcze zanim opuszczą mury uczelni i zorientują się, że mają w łapie papier, który jest gówno warty. Bo przez te kilka lat, kiedy można było bezstresowo wzbogacić go o kilka wpisów w CV, oni byli zajęci chlaniem, ćpaniem i chędożeniem.

Stąd lubię też, chociaż osobiście nie znam, studentów wchodzących w skład Drużyny HUSARa. Drużyny, której historia podbijała jakiś czas temu Internety i która jest tak osom, że aż się do hype’u przyłączam i też o nich piszę. Bo zasłużyli na sławę jak mało kto.

Ekipa z Husarem przed wyjazdem na konkurs

Wyobraź sobie, że decydujesz się zrobić coś zajebistego. Ponieważ studiujesz na polibudzie, tym czymś zostaje robot. Dołączasz do koła naukowego, razem z dwoma innymi kołami przez kilka miesięcy szykujecie projekt robota. Nie jakiegoś tam robota. Księżycowego robota. Takiego, co to z łatwością zdoła poruszać się po powierzchni pozaziemskiej. Projekt zgłaszacie do prestiżowego konkursu organizowanego przez NASA i udaje wam się zakwalifikować do wielkiego finału. Jako jedyna drużyna w Europie i pierwsza w historii Polski. Przez kilka miesięcy dopracowujecie  Husara, bo tak nazwaliście swoje mechaniczne dziecko, modyfikujecie, ulepszacie. W końcu ruszacie na konkurs.

I wszystko się sypie. Firma kurierska gubi waszą paczkę, w której znajdowała się większa część Husara. Paczuszka znika, tak po prostu. Kilkadziesiąt godzin staracie się ją zlokalizować, ale nie udaje się. Gdzieś między odprawą celną a placówką NASA, na obcym kontynencie, dzieło wielu miesięcy waszej pracy znika.

Brzmi chujowo? I tak bez wątpienia jest. Ale warszawscy studenci postanowili wystawić środkowy palec przeznaczeniu, losowi, Bogu, czy jak ktoś by nie zechciał nazwać siły wyższej, na którą zazwyczaj zrzuca się winę w sytuacji bycia w głębokiej dupie z powodów niezależnych od nas. Mając dwie doby do prezentacji, pogadali z innymi ekipami biorącymi udział w konkursie, otrzymali od nich trochę części i zamknęli się w pokoju hotelowym, by stworzyć robota od nowa. Przez dwie doby pracowali, walczyli, tworzyli coś, co jak sami stwierdzili „nie będzie drugim Husarem, ale będzie ‘dość dobre’”. Podeszli do sprawy z determinacją, przy okazji całą sytuację obrócili w żart, organizując chociażby konkurs na nową nazwę dla robota. 

"Musieliśmy stworzyć całą infrastrukturę elektroniczną od nowa. Nie była czasu na ładne kładzenie kabli."

Jak można się było spodziewać, konkursu nie wygrali. Na samej prezentacji, po niezłym starcie, robot odmówił też współpracy. Niezniechęceni, dokonali poprawek i chwilę później ponownie pokazali swoje dzieło, tym razem już działające bez zarzutu. Za mało, żeby wygrać, ale dość, by ich determinacja przeszła do historii. Za to, że się nie poddali i że walczyli do końca, polskie Internety i tak okrzyknęły ich zwycięzcami. Docenili to też organizatorzy, dając im wyróżnienie. I słusznie, bo zrobili coś, co bez kozery było niesamowite. Szkoda, że nie wygrali. Ale sława i szacunek to nienajgorsza nagroda pocieszenia. A w tym wypadku jak najbardziej zasłużona. Więc, drogi czytelniku, jak następnym razem będziesz jęczeć, że jest trudno, że świat jest przeciwko tobie i nic się nie udaje – masz przykład, jak obrócić porażkę w zwycięstwo. Wykorzystaj go, zamiast chować się w kąt i ryczeć.

A ja chcę film stworzony na podstawie historii Husara. Nie kolejną denną polską komedyjkę romantyczną, nie poważny film o głębokim przesłaniu, które zrozumie pięć osób, nie ckliwą opowieść o tym, jak nam ciężko było w przeszłości. Niech jakiś polski reżyser zrobi film o czymś, co naprawdę się zdarzyło, co jest w zasadzie gotowym materiałem na scenariusz i co naprawdę potrafi zainspirować do bycia lepszym.  

Zdjęcia wzięte z oficjalnego fanpage Husara.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz