niedziela, 4 listopada 2012

Krucjata helołinowa



Środa wieczór, idę sobie przez miasto, dookoła mnie gromady poprzebieranych dzieciaków przekrzykują się i chwalą zdobyczami. Miły widok. Dopóki jakiś moher nie zaczyna się na nich drzeć: „Kto to widział, żeby o tej porze dzieci same po ulicach biegały, a wasi rodzice to wiedzą, że tu jesteście? Wynocha a nie ludzi straszycie!” Prywatna armia Rydzyka i spółki wiecznie na straży. A Kościół od wieków ewidentnie nie potrafi nauczyć się, że nie warto rozpoczynać krucjat, których nie da się wygrać.


No serio, co oni chcą wskórać? Za Halloween stoi nie tylko cała finansowa potęga koncernów, które wietrzą w tym gigantyczny biznes, ale przede wszystkim ludzie. Zaczynając od rodziców, którzy za smarkacza jeszcze tego nie mieli, ale naoglądali się dość amerykańskich kreskówek, żeby szczerze zazdrościć dzisiejszemu pokoleniu. Przez studentów, którzy jeszcze się na eskalacje nie załapali, ale nadrobili imprezami klubowymi w tych samych klimatach. Po wreszcie samą dzieciarnię, której Święto Zmarłych w końcu będzie mogło się kojarzyć z czymś radośniejszym od stania nad grobem i wysłuchiwania rozkazów dwóch babć dyrygujących rozstawieniem zniczy i kwiatów nad grobem dziadka. Bo przecież w całym tym święcie najważniejsze jest, żeby pierdolone kwiaty były ustawione w idealnej symetrii, pod doskonale wyważonym kątem i nie daj Boże (pun intended), żeby nie pasowały kolorystycznie do całości – bo co też ludzie powiedzą!



A kto jest przeciw? Oczywiście moi ulubieńcy, księża, mohery  oraz fanatyczni wyznawcy (tak, mohery łapią się do fanatyków, ale że jest to grupa tak barwna, to rezerwuje im oddzielną kategorię). Argumentacja? Bełkot, że to podszepty szatana raczę pominąć, bo w to akurat oni sami chyba nie wierzą. Więc zostaje tradycja. Że mamy własne święto zmarłych, nie potrzebujemy cudzego, trzeba bronić swojego, Polska Mesjaszem Narodów i tak dalej.  Gdzieś w tym wszystkim się gubi taki szczegół, że jedno z drugim się wcale nie kłóci ani nawet nie koliduje ze sobą czasowo, no ale jak się Święty Ogień Wielkiej Krucjaty rozpaliło, to zostaje tylko dorzucać do ognia i dalej brnąć w przegraną walkę. Zamiast po prostu przyspieszyć, co i tak się stanie, zdobyć trochę punktów u ogarniętej części społeczeństwa i po prostu Halloween zasymilować. Tak jak zawsze.

Zrobiłem mały research, którego wyniki są urocze. Trzy klasyczne tradycje związane z dwoma najważniejszymi świętami chrześcijańskimi mają z religią chuja wspólnego. Ale po kolei.



Najpierw zajączek wielkanocny. Nie wszędzie praktykowany, więc wyjaśniam – chodzi w pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych po ogrodach i zostawia prezenty. Zwyczaj ściągnięty od Niemców. Związek z Kościołem? Konia z kopytami temu, kto wymyśli, co ma zając do zmartwychwstania Jezusa. Protesty Kościoła? Jakie protesty, to przecież tradycja!

Jedziemy dalej. Śmigus-dyngus. Cytat z 1420 roku, z synodu diecezji poznańskiej:
„Zabraniajcie, aby w drugie i trzecie święto wielkanocne mężczyźni kobiet a kobiety mężczyzn nie ważyli się napastować o jaja i inne podarunki, co pospolicie się nazywa dyngować (...), ani do wody ciągnąć, bo swawole i dręczenia takie nie odbywają się bez grzechu śmiertelnego i obrazy imienia Boskiego.”
Wspaniale, widać, że 600 lat to za mało, żeby się czegoś nauczyli. Ciekawe, czy wojowanie odpuścili sobie po stu czy dwustu latach.

A na deser, Mikołaj. No niby święty, więc chyba już jest okej. A guzik, bo jak mamy trzymać się tradycji, to białobrody grubasek może nas odwiedzać tylko szóstego grudnia – od Bożego Narodzenia niech się trzyma z daleka, bo to jest kapitalistyczny wymysł, żeby od nas więcej kasy wyciągnąć i od rozmyślań o Narodzinach Pana odciągnąć! Nie mówiąc o tym czerwonym kubraku, stworzonym przez Coca Colę, niechybnie pod podszeptami szatana…



Kojarzycie, żeby ostatnimi czasy kościół bojkotował Mikołaja? Albo zająca, nie mówiąc o dyngusie? Nie, bo to tradycja już. Tylko że tradycja okupiona właśnie klątwami spuszczanymi znad ambony i długimi kazaniami, które ostatecznie i tak przegrały z rzeczywistością. Więc skoro teraz rodzi się nowa, na dodatek znacznie mniej inwazyjna względem święta niż te wspomniane wcześniej, to po cholerę powtarzać tę samą walkę i w ten sam sposób ją przegrać? Chyba tylko, żeby ugruntować ludzi w przekonaniu, że pewna grupa społeczna nadal jest oderwana od rzeczywistości i żyje w swoim  świecie, a zamiast postępu, najlepiej jakby czas stanął miejscu.

6 komentarzy:

  1. Ja tam zawsze mówie "piwko albo nie oddam Ci kasy"

    OdpowiedzUsuń
  2. myślałam, że w środę wieczór byłeś u siebie. ale skoro "idziesz sobie przez miasto", to zgaduję, że zostałeś w szcznie. (:

    OdpowiedzUsuń
  3. Ruda, widze że masz jakieś kompleksy co do swojej wsi Goleniowa i porównujesz wszystkich swoją miarą.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie tylko mohery, nie tylko kler, i nie tylko tradycjonalisci, Wilku. Przeciw są jeszcze antyamerykanie tacy jak ja - swoją drogą, że w tym kraju, bardziej pruderyjnym i konserwatywnym niż Polska, przyjął się taki zwyczaj tak szeroko, aż dziw... Niemniej, nie wrzucaj mnie do jednego worka z moherami i klerem, pliz - są jeszcze inne powody by nienawidzić Halloweenu :)
    No i jeszcze racjonalne trzy grosze - o ile nie dotyczy to zabaw studenckich, bo studenci są już dorośli, rodzice nie powinni puszczać dzieci wieczorem na miasto. Nie tyle dlatego, że mohery mają rację, co dlatego, że właśnie moherom brak racji w robieniu awantur nie przeszkadza. W USA dzieciom nikt krzywdy nie zrobi, bo to jest ogólnie przyjęta tradycja, a u nas puszcza się dzieci w awangardzie natarcia na bastion ciemnoty - i może im stać się krzywda. Bo rodzice oglądający amerykańskie filmy przegapili jakoś fakt, że w USA chodzą od *domu* do *domu* (czyli nie schodzą z ulicy/świeżego powietrza/widoku), a na ulicy, kilka metrów za dziećmi, tak żeby im nie przeszkadzać w zabawie, zawsze stoi jeden z rodziców. A nasi puszczają dzieciaki luzem, dzieciaki chodzą od drzwi mieszkania w bloku do drzwi mieszkania w bloku - czasem aż mnie korci żeby smarkaczy za uszy wciągnąć, zamknąć drzwi na zamek, zażądać telefonu do rodziców, wezwać i objechać. Ale chyba moje dobre intencje zostałyby bardzo źle odebrane...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Point taken - ale to raczej kwestia podejścia rodziców, a nie wina samego zwyczaju.

      Usuń
  5. Jesteś szatanistą i koniec dyskusji.
    PS. Wilgotność tojego materaca pare dni temu to moja sprawka, to było w amach przygotowań do egzorcyzmu który mam zamiar na tobie przeprowadzić. Bądź czujny.

    OdpowiedzUsuń