Środa wieczór, idę sobie przez miasto, dookoła mnie gromady
poprzebieranych dzieciaków przekrzykują się i chwalą zdobyczami. Miły widok.
Dopóki jakiś moher nie zaczyna się na nich drzeć: „Kto to widział, żeby o tej
porze dzieci same po ulicach biegały, a wasi rodzice to wiedzą, że tu
jesteście? Wynocha a nie ludzi straszycie!” Prywatna armia Rydzyka i spółki
wiecznie na straży. A Kościół od wieków ewidentnie nie potrafi nauczyć się, że
nie warto rozpoczynać krucjat, których nie da się wygrać.
No serio, co oni chcą wskórać? Za Halloween stoi nie tylko
cała finansowa potęga koncernów, które wietrzą w tym gigantyczny biznes, ale
przede wszystkim ludzie. Zaczynając od rodziców, którzy za smarkacza jeszcze
tego nie mieli, ale naoglądali się dość amerykańskich kreskówek, żeby szczerze
zazdrościć dzisiejszemu pokoleniu. Przez studentów, którzy jeszcze się na
eskalacje nie załapali, ale nadrobili imprezami klubowymi w tych samych
klimatach. Po wreszcie samą dzieciarnię, której Święto Zmarłych w końcu będzie
mogło się kojarzyć z czymś radośniejszym od stania nad grobem i wysłuchiwania
rozkazów dwóch babć dyrygujących rozstawieniem zniczy i kwiatów nad grobem
dziadka. Bo przecież w całym tym święcie najważniejsze jest, żeby pierdolone
kwiaty były ustawione w idealnej symetrii, pod doskonale wyważonym kątem i nie
daj Boże (pun intended), żeby nie pasowały kolorystycznie do całości – bo co
też ludzie powiedzą!
A kto jest przeciw? Oczywiście moi ulubieńcy, księża,
mohery oraz fanatyczni wyznawcy (tak,
mohery łapią się do fanatyków, ale że jest to grupa tak barwna, to rezerwuje im
oddzielną kategorię). Argumentacja? Bełkot, że to podszepty szatana raczę pominąć,
bo w to akurat oni sami chyba nie wierzą. Więc zostaje tradycja. Że mamy własne
święto zmarłych, nie potrzebujemy cudzego, trzeba bronić swojego, Polska
Mesjaszem Narodów i tak dalej. Gdzieś w
tym wszystkim się gubi taki szczegół, że jedno z drugim się wcale nie kłóci ani
nawet nie koliduje ze sobą czasowo, no ale jak się Święty Ogień Wielkiej Krucjaty
rozpaliło, to zostaje tylko dorzucać do ognia i dalej brnąć w przegraną walkę.
Zamiast po prostu przyspieszyć, co i tak się stanie, zdobyć trochę punktów u
ogarniętej części społeczeństwa i po prostu Halloween zasymilować. Tak jak
zawsze.
Zrobiłem mały research, którego wyniki są urocze. Trzy klasyczne tradycje związane
z dwoma najważniejszymi świętami chrześcijańskimi mają z religią chuja
wspólnego. Ale po kolei.
Najpierw zajączek wielkanocny. Nie wszędzie praktykowany,
więc wyjaśniam – chodzi w pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych po ogrodach i
zostawia prezenty. Zwyczaj ściągnięty od Niemców. Związek z Kościołem? Konia z
kopytami temu, kto wymyśli, co ma zając do zmartwychwstania Jezusa. Protesty
Kościoła? Jakie protesty, to przecież tradycja!
Jedziemy dalej. Śmigus-dyngus. Cytat z 1420 roku, z synodu diecezji poznańskiej:
„Zabraniajcie, aby w drugie i trzecie święto wielkanocne
mężczyźni kobiet a kobiety mężczyzn nie ważyli się napastować o jaja i inne
podarunki, co pospolicie się nazywa dyngować (...), ani do wody ciągnąć, bo
swawole i dręczenia takie nie odbywają się bez grzechu śmiertelnego i obrazy
imienia Boskiego.”
Wspaniale, widać,
że 600 lat to za mało, żeby się czegoś nauczyli. Ciekawe, czy wojowanie
odpuścili sobie po stu czy dwustu latach.
A na deser,
Mikołaj. No niby święty, więc chyba już jest okej. A guzik, bo jak mamy trzymać
się tradycji, to białobrody grubasek może nas odwiedzać tylko szóstego grudnia
– od Bożego Narodzenia niech się trzyma z daleka, bo to jest kapitalistyczny
wymysł, żeby od nas więcej kasy wyciągnąć i od rozmyślań o Narodzinach Pana
odciągnąć! Nie mówiąc o tym czerwonym kubraku, stworzonym przez Coca Colę,
niechybnie pod podszeptami szatana…
Kojarzycie, żeby
ostatnimi czasy kościół bojkotował Mikołaja? Albo zająca, nie mówiąc o
dyngusie? Nie, bo to tradycja już. Tylko że tradycja okupiona właśnie klątwami
spuszczanymi znad ambony i długimi kazaniami, które ostatecznie i tak przegrały
z rzeczywistością. Więc skoro teraz rodzi się nowa, na dodatek znacznie mniej
inwazyjna względem święta niż te wspomniane wcześniej, to po cholerę powtarzać
tę samą walkę i w ten sam sposób ją przegrać? Chyba tylko, żeby ugruntować
ludzi w przekonaniu, że pewna grupa społeczna nadal jest oderwana od rzeczywistości
i żyje w swoim świecie, a zamiast
postępu, najlepiej jakby czas stanął miejscu.



Ja tam zawsze mówie "piwko albo nie oddam Ci kasy"
OdpowiedzUsuńmyślałam, że w środę wieczór byłeś u siebie. ale skoro "idziesz sobie przez miasto", to zgaduję, że zostałeś w szcznie. (:
OdpowiedzUsuńRuda, widze że masz jakieś kompleksy co do swojej wsi Goleniowa i porównujesz wszystkich swoją miarą.
OdpowiedzUsuńNie tylko mohery, nie tylko kler, i nie tylko tradycjonalisci, Wilku. Przeciw są jeszcze antyamerykanie tacy jak ja - swoją drogą, że w tym kraju, bardziej pruderyjnym i konserwatywnym niż Polska, przyjął się taki zwyczaj tak szeroko, aż dziw... Niemniej, nie wrzucaj mnie do jednego worka z moherami i klerem, pliz - są jeszcze inne powody by nienawidzić Halloweenu :)
OdpowiedzUsuńNo i jeszcze racjonalne trzy grosze - o ile nie dotyczy to zabaw studenckich, bo studenci są już dorośli, rodzice nie powinni puszczać dzieci wieczorem na miasto. Nie tyle dlatego, że mohery mają rację, co dlatego, że właśnie moherom brak racji w robieniu awantur nie przeszkadza. W USA dzieciom nikt krzywdy nie zrobi, bo to jest ogólnie przyjęta tradycja, a u nas puszcza się dzieci w awangardzie natarcia na bastion ciemnoty - i może im stać się krzywda. Bo rodzice oglądający amerykańskie filmy przegapili jakoś fakt, że w USA chodzą od *domu* do *domu* (czyli nie schodzą z ulicy/świeżego powietrza/widoku), a na ulicy, kilka metrów za dziećmi, tak żeby im nie przeszkadzać w zabawie, zawsze stoi jeden z rodziców. A nasi puszczają dzieciaki luzem, dzieciaki chodzą od drzwi mieszkania w bloku do drzwi mieszkania w bloku - czasem aż mnie korci żeby smarkaczy za uszy wciągnąć, zamknąć drzwi na zamek, zażądać telefonu do rodziców, wezwać i objechać. Ale chyba moje dobre intencje zostałyby bardzo źle odebrane...
Point taken - ale to raczej kwestia podejścia rodziców, a nie wina samego zwyczaju.
UsuńJesteś szatanistą i koniec dyskusji.
OdpowiedzUsuńPS. Wilgotność tojego materaca pare dni temu to moja sprawka, to było w amach przygotowań do egzorcyzmu który mam zamiar na tobie przeprowadzić. Bądź czujny.