piątek, 12 października 2012

Historia pewnego Zgona



Coroczne ognisko integracyjne szczecińskich studentów to wydarzenie magiczne. Pełne niezwykłych wydarzeń i historii. I choć w tym roku, z powodu ulewy, jaka nawiedziła miasto na krótko przed eventem, frekwencja nie dopisała, to i tak pod względem wydarzeń było owocnie. Oto jedno z nich.


Kolega, nazwijmy go S., co by nie ujawniać danych osobowych, jest postacią dość znaną i lubianą w naszym uczelnianym kręgu. Znam go już od trzech lat i mogę powiedzieć, że choć na imprezach pił, czasem nawet w całkiem zacnych ilościach, to nigdy nie doprowadził się do stanu tzw. najebania. Do czasu, aż nie pojechał na Erasmusa. Pół roku przebywania wśród marnych obcokrajowców, którzy, jak wszyscy wiedzą, Polakom pod względem tolerancji alkoholowej mogą naskoczyć, odbiło się na biednym chłopaku dość silnym piętnem, o czym jednak nie wiedział, dopóki nie raczył udać się z nami na ognisko i zderzyć z brutalną, polską rzeczywistością.

Początkowo było dobrze. Gdzie się nie obejrzysz, tam S. A to gada z kolegą o technikach renderingu w grach komputerowych, a to podpija Shinowi barmańską, a to gada z jakąś świeżo poznaną niewiastą, a to poznaje uroki Goleniówki. Z czasem jednak zaczęło być widać, że nasz drogi kolega S. zaczyna się psuć. Problemy z mową to jeszcze norma, ale jak się raz na mnie przewrócił, i drugi raz, ciągnąc ze sobą całą moją górę ubrania, to już jednak chłopak zaczynał wykazywać potencjał na Zgon – ku naszej, obecnych tam Czcicieli Wielkiego Zgona, wielkiej radości.

Jak już mówiłem, kolega S. przez kilkuletni okres naszej znajomości starał się trzymać fason i do podobnych stanów nie doprowadzać. Nie lubił też, gdy otoczenie się z niego nabija, wiem, dziwny jakiś. Ostatnim więc odruchem racjonalności postanowił wrócić do domu. Wstał więc i ruszył w las. My, jak to my, dobrzy koledzy i druhowie, wiedząc, że do domu dotrzeć nie zdoła, wydelegowaliśmy jednoosobowy oddział specjalny z dość jednoznaczną misją – zlokalizować, znaleźć i odzyskać kolegę S. O dziwo, misja się powiodła – po około dwudziestu minut nasza jednoosobowa armia powróciła zwycięsko, wlokąc ze sobą kolegę S. Z raportu wojennego wynika, że cel został znaleziony, siedząc po turecku gdzieś w środku lasu i po namowach zdołano go przetransportować z powrotem do poligonu „Ognisko Integracyjne”.



Nasz kolega usiadł sobie na ławeczce, z dala od centrum imprezy i tak sobie siedział, mamrocząc coś pod nosem. Mimo usilnych prób namówienia go do tzw. „puszczenia pawia”, co by mu niewątpliwie pomogło, twardo i hardo decydował się trzymać wszystko w sobie. W końcu sił mu zbrakło, miast jednak wypuścić z siebie, a konkretniej swego żołądka, zło, jakie w nim przebywało, przekoziołkował się w tył ławki… i padł. Mieliśmy swego Zgona!

Jako dobrzy koledzy, jakimi, jak już wcześniej wspomniałem, niewątpliwie jesteśmy, postanowiliśmy go doprowadzić bezpiecznie do domu. Zdecydowaliśmy więc przenieść go z miejsca ogniska na pobliski przystanek, skąd załatwiony wcześniej transport zawiózłby go bezpiecznie do domu. Niestety, nie przewidzieliśmy dwóch rzeczy. Po pierwsze, sami byliśmy dość solidnie podpici, co utrudniało transport Zgona, zwłaszcza na tak długi dystans. Po drugie, wspomniany Zgon okazał się Zgonem Ostatecznym. Co oznacza, że podczas gdy normalny Zgon zachowuje pewne oznaki życia, jak chociażby ogólna sztywność, tutaj mieliśmy do czynienia z umarciem totalnym i takowo bezwładnym – przeniesienie go więc sprawiało problem nawet pięciu chłopa, zwłaszcza po połączeniu z punktem pierwszym. Prawdziwego trupa już byłoby łatwiej nieść, bo wiadomo, krew skrzepnie, jest sztywno i takie tam. A tu dupa. Po pięciu próbach, różnych metodach i podejściach, w trakcie których zdołaliśmy przenieść naszego Zgona o jakieś pięćdziesiąt metrów, poddaliśmy się. Opracowano plan B – skoro Zgon nie mógł dotrzeć do Transportu, to niech Transport dotrze do Zgona. I tak oto samochód znajomego, wcześniej „zamówiony” na przystanek, wjechał w środek polany, łamiąc przy tym pewnie jakąś setkę przepisów. Czego się nie robi dla swoich ludzi.

Niestety, to, że transport podjechał niemal pod nogi naszego Zgona, niewiele pomogło. Jego bezwładność, utrudniająca przeniesienie, okazała się jeszcze bardziej problematyczna, gdy przyszło do ulokowania go w samochodzie. Zajęło to jakieś pół godziny, w trakcie których zebrała się całkiem pokaźna widownia, nasz Zgon zaczął miewać odruchy krztuszące, a co po sprytniejsi uznali, że środek tychże odruchów to dobry moment, by sprawdzić ciśnienie Zgona, czy w ogóle żyje, ale w końcu się udało. Zgon został umieszczony w samochodzie.

Ciąg dalszy historii znam tylko z opowieści, ponieważ we wspomnianym samochodzie mnie nie było, ale z tychże opowieści wynika, że: osoby, które nie miały pomysłu, co ze Zgonem zrobić, po wyczerpaniu innych opcji zdecydowały odstawić go do domu, gdzie nasz Zgon miał olbrzymie szczęście nie zastać nikogo. Został więc ulokowany w łóżku i opuszczony, by rano się obudzić i zastanawiać, jakim cudem się tu znalazł. Ale jak o jedenastej dzwonił dowiedzieć się, co się stało, brzmiał całkiem nieźle, jak na swój stan poprzedniej nocy.

Morał tej historii? Chodźcie na coroczne ognisko integracyjne, bo nie jest to wcale ani największa, ani najciekawsza z historii, jaka miała tam miejsce.

8 komentarzy:

  1. Co Ty pierdolisz, przecież trzeźwy jak świnia byłem. Sam wróciłem do domu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne jasne, ledwo co puls u Ciebie wyczułem.

      Usuń
  2. Oddaj Barmańską skurwysynie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Twardo siedział skubany w tym lesie. Zawzięty negocjator.

    OdpowiedzUsuń
  4. 15zł za podwózkę się należy.

    OdpowiedzUsuń
  5. U mnie miałbyś za darmo transport Mikro-mobilem.

    OdpowiedzUsuń
  6. Brawo Stachu, uczeń przerósł mistrza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ooh blah blah, ... kurwa blah balah ...

      Usuń