Coroczne ognisko integracyjne szczecińskich studentów to
wydarzenie magiczne. Pełne niezwykłych wydarzeń i historii. I choć w tym roku,
z powodu ulewy, jaka nawiedziła miasto na krótko przed eventem, frekwencja nie
dopisała, to i tak pod względem wydarzeń było owocnie. Oto jedno z nich.
Kolega, nazwijmy go S., co by nie ujawniać danych osobowych,
jest postacią dość znaną i lubianą w naszym uczelnianym kręgu. Znam go już od
trzech lat i mogę powiedzieć, że choć na imprezach pił, czasem nawet w całkiem
zacnych ilościach, to nigdy nie doprowadził się do stanu tzw. najebania. Do
czasu, aż nie pojechał na Erasmusa. Pół roku przebywania wśród marnych
obcokrajowców, którzy, jak wszyscy wiedzą, Polakom pod względem tolerancji
alkoholowej mogą naskoczyć, odbiło się na biednym chłopaku dość silnym piętnem,
o czym jednak nie wiedział, dopóki nie raczył udać się z nami na ognisko i
zderzyć z brutalną, polską rzeczywistością.
Początkowo było dobrze. Gdzie się nie obejrzysz, tam S. A to
gada z kolegą o technikach renderingu w grach komputerowych, a to podpija
Shinowi barmańską, a to gada z jakąś świeżo poznaną niewiastą, a to poznaje
uroki Goleniówki. Z czasem jednak zaczęło być widać, że nasz drogi kolega S.
zaczyna się psuć. Problemy z mową to jeszcze norma, ale jak się raz na mnie
przewrócił, i drugi raz, ciągnąc ze sobą całą moją górę ubrania, to już jednak
chłopak zaczynał wykazywać potencjał na Zgon – ku naszej, obecnych tam
Czcicieli Wielkiego Zgona, wielkiej radości.
Jak już mówiłem, kolega S. przez kilkuletni okres naszej
znajomości starał się trzymać fason i do podobnych stanów nie doprowadzać. Nie
lubił też, gdy otoczenie się z niego nabija, wiem, dziwny jakiś. Ostatnim więc
odruchem racjonalności postanowił wrócić do domu. Wstał więc i ruszył w las.
My, jak to my, dobrzy koledzy i druhowie, wiedząc, że do domu dotrzeć nie
zdoła, wydelegowaliśmy jednoosobowy oddział specjalny z dość jednoznaczną misją
– zlokalizować, znaleźć i odzyskać kolegę S. O dziwo, misja się powiodła – po
około dwudziestu minut nasza jednoosobowa armia powróciła zwycięsko, wlokąc ze
sobą kolegę S. Z raportu wojennego wynika, że cel został znaleziony, siedząc po
turecku gdzieś w środku lasu i po namowach zdołano go przetransportować z
powrotem do poligonu „Ognisko Integracyjne”.
Nasz kolega usiadł sobie na ławeczce, z dala od centrum
imprezy i tak sobie siedział, mamrocząc coś pod nosem. Mimo usilnych prób
namówienia go do tzw. „puszczenia pawia”, co by mu niewątpliwie pomogło, twardo
i hardo decydował się trzymać wszystko w sobie. W końcu sił mu zbrakło, miast
jednak wypuścić z siebie, a konkretniej swego żołądka, zło, jakie w nim
przebywało, przekoziołkował się w tył ławki… i padł. Mieliśmy swego Zgona!
Jako dobrzy koledzy, jakimi, jak już wcześniej wspomniałem,
niewątpliwie jesteśmy, postanowiliśmy go doprowadzić bezpiecznie do domu.
Zdecydowaliśmy więc przenieść go z miejsca ogniska na pobliski przystanek, skąd
załatwiony wcześniej transport zawiózłby go bezpiecznie do domu. Niestety, nie
przewidzieliśmy dwóch rzeczy. Po pierwsze, sami byliśmy dość solidnie podpici,
co utrudniało transport Zgona, zwłaszcza na tak długi dystans. Po drugie,
wspomniany Zgon okazał się Zgonem Ostatecznym. Co oznacza, że podczas gdy
normalny Zgon zachowuje pewne oznaki życia, jak chociażby ogólna sztywność,
tutaj mieliśmy do czynienia z umarciem totalnym i takowo bezwładnym –
przeniesienie go więc sprawiało problem nawet pięciu chłopa, zwłaszcza po
połączeniu z punktem pierwszym. Prawdziwego trupa już byłoby łatwiej nieść, bo
wiadomo, krew skrzepnie, jest sztywno i takie tam. A tu dupa. Po pięciu
próbach, różnych metodach i podejściach, w trakcie których zdołaliśmy przenieść
naszego Zgona o jakieś pięćdziesiąt metrów, poddaliśmy się. Opracowano plan B –
skoro Zgon nie mógł dotrzeć do Transportu, to niech Transport dotrze do Zgona.
I tak oto samochód znajomego, wcześniej „zamówiony” na przystanek, wjechał w
środek polany, łamiąc przy tym pewnie jakąś setkę przepisów. Czego się nie robi
dla swoich ludzi.
Niestety, to, że transport podjechał niemal pod nogi naszego
Zgona, niewiele pomogło. Jego bezwładność, utrudniająca przeniesienie, okazała
się jeszcze bardziej problematyczna, gdy przyszło do ulokowania go w
samochodzie. Zajęło to jakieś pół godziny, w trakcie których zebrała się
całkiem pokaźna widownia, nasz Zgon zaczął miewać odruchy krztuszące, a co po
sprytniejsi uznali, że środek tychże odruchów to dobry moment, by sprawdzić
ciśnienie Zgona, czy w ogóle żyje, ale w końcu się udało. Zgon został umieszczony
w samochodzie.
Ciąg dalszy historii znam tylko z opowieści, ponieważ we
wspomnianym samochodzie mnie nie było, ale z tychże opowieści wynika, że:
osoby, które nie miały pomysłu, co ze Zgonem zrobić, po wyczerpaniu innych
opcji zdecydowały odstawić go do domu, gdzie nasz Zgon miał olbrzymie szczęście
nie zastać nikogo. Został więc ulokowany w łóżku i opuszczony, by rano się
obudzić i zastanawiać, jakim cudem się tu znalazł. Ale jak o jedenastej dzwonił
dowiedzieć się, co się stało, brzmiał całkiem nieźle, jak na swój stan
poprzedniej nocy.
Morał tej historii? Chodźcie na coroczne ognisko
integracyjne, bo nie jest to wcale ani największa, ani najciekawsza z historii,
jaka miała tam miejsce.

Co Ty pierdolisz, przecież trzeźwy jak świnia byłem. Sam wróciłem do domu.
OdpowiedzUsuńJasne jasne, ledwo co puls u Ciebie wyczułem.
UsuńOddaj Barmańską skurwysynie.
OdpowiedzUsuńTwardo siedział skubany w tym lesie. Zawzięty negocjator.
OdpowiedzUsuń15zł za podwózkę się należy.
OdpowiedzUsuńU mnie miałbyś za darmo transport Mikro-mobilem.
OdpowiedzUsuńBrawo Stachu, uczeń przerósł mistrza.
OdpowiedzUsuńooh blah blah, ... kurwa blah balah ...
Usuń