Kilka tygodni temu polską scenę komiksową zelektryzowała
wieść – Marvel wraca do kiosków i robi to w wielkim stylu. Wydawnictwo Hachette
podjęło się wydania w naszym kraju kolekcji najlepszych komiksów, jakie wyszły
spod szyldu Domu Pomysłów w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Ładne wydanie,
znośna cena (40 zł za album w twardej oprawie to jak na warunki rynkowe
naprawdę niewielka cena), a dobór pozycji imponujący – samym Planet Hulkiem, który jest jednym z
najlepszych fantasy jakie czytałem, i to nie tylko wśród komiksów, już mnie
kupili. A to był raptem wierzchołek góry lodowej pełnej świetnych historii. Ale
jak się szybko okazało, nie jest tak różowo, jak można by chcieć.
Już początki były dziwne. Seria wystartowała bez
jakiejkolwiek pompy – ot, ktoś znalazł pierwszy numer w kiosku, pochwalił się
na fejsie, info przeskoczyło na fora tematyczne i rozpętało burzę. Szybko
jednak okazało się, że w większości punktów sprzedaży nikt o takim czymś nie
słyszał, strona internetowa wydawnictwa również była pusta. Całości obrazu
dopełniał fakt, że wydawnictwo komiksowe Mucha, które miało współpracować z
Haczetką, było równie zaskoczone pojawieniem się produkcji w sprzedaży co fani
– ponoć miało toto wystartować znacznie później.
Mijały dni, a sytuacja się nie zmieniała. Na stronie
wydawnictwa nic, w kioskach też pustki. Rozpoczęło się ogólnopolskie polowanie
– wymiana informacji pozwoliła określić, gdzie dokładnie można pierwszy numer
zdobyć. Co bardziej przedsiębiorczy szczęśliwcy z województw, gdzie komiks do
kupienia był, zaczęli sprzedawać go ze sporym zyskiem na Allegro. Hype osiągnął
poziom zenitu i udzielił się też mi – tak jak wcześniej akurat pierwszy numer
specjalnie mnie nie interesował, tak zacząłem na niego polować, bo jego
zdobycie zdawało się wręcz osiągnięciem. Bez skutku – u siebie oczywiście go
nie znalazłem, ale zmobilizowałem agentów do poszukiwania w niemal całej
Polsce, co też skończyło się niepowodzeniem.
W międzyczasie pojawiało się coraz więcej sprzecznych informacji
– a to, że od drugiego numeru już będzie wszędzie, a to, że to tylko badanie
rynku i seria wystartuje za jakiś czas ponownie, już wszędzie, a to, że w
wydawnictwie można zakupić pierwszy numer, ale bez ceny promocyjnej (czyli
zamiast 15 zł w kiosku, 40 zł + przesyłka). A tak naprawdę nikt nic nie
wiedział, poza tym, że tytuł można bezproblemowo dostać w raptem trzech
województwach – a tam leży nawet w spożywczakach.
Postanowiłem się profilaktycznie zabezpieczyć na przyszłość
i zamówiłem prenumeratę – oczywiście dostępną dopiero od drugiego numeru, żeby
za różowo nie było. Ponad połowy tych komiksów nawet nie chcę, ale jak mam
zdobyć resztę, na której mi zależy, to widać nie ma wyjścia. Cóż, reszta
pójdzie na allegro, jak trend się utrzyma, to nawet na tym zarobię.
W międzyczasie premierę miał numer drugi i wciąż sytuacja
bez zmian – na stronie wydawnictwa nic, w większości województw też nic, a te
kilka szczęśliwych jest kolekcją wręcz zasypane. Do tego zaczęły się szopki z
prenumeratą – bo jak się okazało, co kto pytał wydawnictwo, kiedy może się
spodziewać wysyłki, to dostawał inną odpowiedź. Mnie powiedzieli, że w połowie
września, komuś tam, że na dniach, jeszcze komuś, że pod koniec miesiąca. Wesoło.
Z jednej strony, ma to swój klimat. Bieganie po sklepach,
polowanie, ogólnopolska mobilizacja i tworzenie całych siatek informacyjnych –
normalnie jak za PRL-u, tyle że z Internetem. Dorwę ten pierwszy numer nie
dlatego, że mi koniecznie zależy na przedruku już i tak wydanej w naszym kraju
historii, ale dlatego, że jego zdobycie to autentyczne wyzwanie i jego
wykonanie będzie satysfakcjonujące. Z drugiej – to, co odwala Hachette, to
jakaś kpina. Zero informacji, brak reklamy, rzucenie na kilka województw – a
potem się dziwią, że komiksy się nie sprzedają. Jeśli to badanie rynku, to nie
wiem, co ma pokazać, na pewno nie sprzedaż w tych kilku miejscach w kraju,
skoro stamtąd przez Allegro rozchodzi się to na cały naród. Jak liczą na
prenumeratorów, to znowu głupota, że tego nawet nigdzie nie zareklamowali, a
już zwłaszcza na swojej stronie. Marketing szeptany to potężne narzędzie, ale
nie aż tak. Wkurwia mnie to. Wkurwia, bo raz, nie traktują swoich klientów na
poważnie. Dwa, bo przez to seria może zdechnąć i guzik, a Planet Hulka nawet nie dostanę. Trzy, bo jak już biegam jak idiota
po kioskach i do tego molestuję znajomych z najróżniejszych miejsc w Polsce,
żeby robili to samo, to chciałbym zobaczyć jakieś tego rezultaty. Na razie
nawet nie dostałem jednego numeru, a już uważam wydawnictwo za chujowe. Ale i
tak mam nadzieję, że kolekcja się utrzyma. Bo chcę Planet Hulka.
O swoich przygodach z Haczetką dużo więcej i częściej pisał Polski Geek, jak kogoś temat
bardziej zainteresował, zapraszam do niego.



Ja to tylko mam nadzieję, że przesyłka będzie przy premierze trzeciego numeru, a nie dopiero w październiku.
OdpowiedzUsuńMódl się żeby w ogóle doszło do wysyłki :D
UsuńPolski Geeku zająłbyś się czymś pożytecznym a nie bawisz się w jakieś dziecinne spider-manki.
UsuńRobię same pożyteczne rzeczy, a że komuś (Tobie) to nie pasuje, to mi to wisi.
UsuńPożyteczne to może dla gimbusów takich jak ty! Jako że sztuka dziennikarska nie jest mi obca stwierdzam, że te twoje spider-mankowe wypociny nadają się co najwyżej na ostatnie strony Faktu.
UsuńZgadzam się ze Świętym, bo go kocham i jest mężczyzną mojego życia. Gdyby nie ty dalej byłbym heterykiem [fu].
UsuńCieszę się, że odwzajemniasz moje uczucia :*
Usuń:*
UsuńZgadzam się ze Świętym, bo go kocham i jest mężczyzną mojego życia. Gdyby nie ty dalej byłbym heterykiem [fu].
UsuńWczoraj widziałem reklamę w TV, według której seria startuje ponownie od pierwszego numeru.
OdpowiedzUsuń