Wybrałem się na
przedstawienie teatralne. Dobrowolnie i bez przymusu. W sobotę wieczór. Wśród
alternatyw mając pokera. I… podobało mi się!
O tym, że jestem całkowitym ignorantem, jeśli idzie o teatr,
raczej nikogo mnie znającego przekonywać nie muszę. Swoje przygody z tym medium
skończyłem wraz z końcem wycieczek szkolnych i szczerze mówiąc spodziewałem
się, że był to koniec ostateczny. A tu zonk.
Sztuką, która otrzymała niewątpliwy zaszczyt pokazania mi
wspaniałości tej dziedziny kultury była „Zielona Gęś 2.0, czyli Bal u profesora
Bączyńskiego” szczecińskiego teatru „nie ma” (kul nazwa, swoją drogą). 2.0 na
szczęście nie oznaczało, że to sequel, jak się już zacząłem obawiać chwilę
przed przedstawieniem, a po prostu nowa, lepsiejsza wersja. Więc konieczności
znajomości edycji 1.0 nie stwierdzono. A i w ogóle, to to premiera spektaklu
była, bo jak już na coś mam iść, to z przytupem! Jakem ignorant, to jeno
spekuluje, że to uwspółcześniona wersja klasycznego „Teatrzyka Zielonej Gęsi” była.
No chyba że oryginał też miał wstawki pięknie brechtające z kiboli i
skuteczności polskiej reprezentacji piłki nożnej. Jak miał, to respekt dla
Gałczyńskiego, stworzył naprawdę dzieło wyprzedzające swoje czasy.
Same widowisko składało się z serii skeczy (pardon, Wiki
mówi, że to „miniatury dramatyczne" są) wypełnionych dość absurdalnym humorem i
początkowo pozornie ze sobą niezwiązanych. Między skeczami dość chaotyczne, ale
wpisujące się w kontekst całości przejścia. O właśnie, chaotyczność. Cała sztuka
była chaotyczna. Ale tak pozytywnie, abstrakcyjnie chaotyczna. Niezrozumiałe i
nieśmieszne sceny po jakimś czasie zyskiwały sens i walory komiczne, kiedy
pojawiała się ich kontynuacja. Ciągle coś się działo, ktoś biegał, skakał,
tańczył, spadał ze sceny. Było parę słabszych fragmentów, ale na jeden słabszy
przypadało kilka fajnych, a po jakimś czasie człowiek się na tyle wczuł, że po
prostu chłonął wszystko jak leciało i od czasu do czasu pobrechtywał. Fajne. I
czasowo okej, godzinka to akurat, żeby się nacieszyć i nie znudzić.
Na aktorstwie to się znam jak na mistrzostwach świata w
siłowaniu się na stopy (serio, jest coś takiego, przed chwilą wygooglałem!),
ale subiektywnie oceniając, było zawodowe. Emocje z twarzy i z głosu dało się
odczytać z łatwością, żadnych wtop też nie stwierdziłem, więc albo wszystko
zagrało jak miało zagrać, albo profesjonalnie improwizowano.
Jeśli chodzi o minusy organizacyjne, to sala ledwo
pomieściła wszystkich gości, a część musiała stać. No ale wejście było za „co
łaska”, więc można wybaczyć. Za to z plusów – darmowe wino na after party.
Darmowe wino jest lepsze od taniego wina, bo jest lepsze i darmowe. Generalnie
– fajnie było, ciekawa odmiana od kina/baletów/domówki/pokera. Pewnie się
jeszcze wybiorę. Nowego hobby raczej z tego nie zrobię, bo i tak mam już tych za
wiele, ale raz na jakiś czas, czemu by się nie odchamić. I wam też polecam.
Trochę kultury zaczerpnijcie, ztabloidyzowane pijusy jedne!
Jeśliś ze Szczecina, to polecam fejsbukową stronę teatru „nie ma”, można sobie ogarnąć,
kiedy i co w najbliższym czasie grają. Bo dobrze grają.
-----------------------------
Zachęcam do lajkowania Kronik na fejsbuku. Ty zyskasz bezpośrednie info o moich nowych tekstach, a moje ego wzrośnie.I wszyscy będą zadowoleni!
-----------------------------
Zachęcam do lajkowania Kronik na fejsbuku. Ty zyskasz bezpośrednie info o moich nowych tekstach, a moje ego wzrośnie.I wszyscy będą zadowoleni!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz