poniedziałek, 18 marca 2013

Gęsi, wszędzie gęsi. Zielone!

Wybrałem się na przedstawienie teatralne. Dobrowolnie i bez przymusu. W sobotę wieczór. Wśród alternatyw mając pokera. I… podobało mi się!

O tym, że jestem całkowitym ignorantem, jeśli idzie o teatr, raczej nikogo mnie znającego przekonywać nie muszę. Swoje przygody z tym medium skończyłem wraz z końcem wycieczek szkolnych i szczerze mówiąc spodziewałem się, że był to koniec ostateczny. A tu zonk.

Sztuką, która otrzymała niewątpliwy zaszczyt pokazania mi wspaniałości tej dziedziny kultury była „Zielona Gęś 2.0, czyli Bal u profesora Bączyńskiego” szczecińskiego teatru „nie ma” (kul nazwa, swoją drogą). 2.0 na szczęście nie oznaczało, że to sequel, jak się już zacząłem obawiać chwilę przed przedstawieniem, a po prostu nowa, lepsiejsza wersja. Więc konieczności znajomości edycji 1.0 nie stwierdzono. A i w ogóle, to to premiera spektaklu była, bo jak już na coś mam iść, to z przytupem! Jakem ignorant, to jeno spekuluje, że to uwspółcześniona wersja klasycznego „Teatrzyka Zielonej Gęsi” była. No chyba że oryginał też miał wstawki pięknie brechtające z kiboli i skuteczności polskiej reprezentacji piłki nożnej. Jak miał, to respekt dla Gałczyńskiego, stworzył naprawdę dzieło wyprzedzające swoje czasy.

Same widowisko składało się z serii skeczy (pardon, Wiki mówi, że to „miniatury dramatyczne" są) wypełnionych dość absurdalnym humorem i początkowo pozornie ze sobą niezwiązanych. Między skeczami dość chaotyczne, ale wpisujące się w kontekst całości przejścia. O właśnie, chaotyczność. Cała sztuka była chaotyczna. Ale tak pozytywnie, abstrakcyjnie chaotyczna. Niezrozumiałe i nieśmieszne sceny po jakimś czasie zyskiwały sens i walory komiczne, kiedy pojawiała się ich kontynuacja. Ciągle coś się działo, ktoś biegał, skakał, tańczył, spadał ze sceny. Było parę słabszych fragmentów, ale na jeden słabszy przypadało kilka fajnych, a po jakimś czasie człowiek się na tyle wczuł, że po prostu chłonął wszystko jak leciało i od czasu do czasu pobrechtywał. Fajne. I czasowo okej, godzinka to akurat, żeby się nacieszyć i nie znudzić.

Na aktorstwie to się znam jak na mistrzostwach świata w siłowaniu się na stopy (serio, jest coś takiego, przed chwilą wygooglałem!), ale subiektywnie oceniając, było zawodowe. Emocje z twarzy i z głosu dało się odczytać z łatwością, żadnych wtop też nie stwierdziłem, więc albo wszystko zagrało jak miało zagrać, albo profesjonalnie improwizowano.

Jeśli chodzi o minusy organizacyjne, to sala ledwo pomieściła wszystkich gości, a część musiała stać. No ale wejście było za „co łaska”, więc można wybaczyć. Za to z plusów – darmowe wino na after party. Darmowe wino jest lepsze od taniego wina, bo jest lepsze i darmowe. Generalnie – fajnie było, ciekawa odmiana od kina/baletów/domówki/pokera. Pewnie się jeszcze wybiorę. Nowego hobby raczej z tego nie zrobię, bo i tak mam już tych za wiele, ale raz na jakiś czas, czemu by się nie odchamić. I wam też polecam. Trochę kultury zaczerpnijcie, ztabloidyzowane pijusy jedne!

Jeśliś ze Szczecina, to polecam fejsbukową stronę teatru „nie ma”, można sobie ogarnąć, kiedy i co w najbliższym czasie grają. Bo dobrze grają.

-----------------------------
 Zachęcam do lajkowania Kronik na fejsbuku. Ty zyskasz bezpośrednie info o moich nowych tekstach, a moje ego wzrośnie.I wszyscy będą zadowoleni! 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz